Przed oczami miałam całe swoje życie.
Myślałam o mamie, tacie, o Molly. O tym, w jaki sposób się dowiedzą, że nie żyję. O ile w ogóle dojdzie do nich taka wiadomość.
Zastanawiałam się nad tymi osiemnastoma latami, które przeżyłam. O sukcesie, który mogłam odnieść.
Otworzyłam oczy i wpatrywałam się w mężczyznę przede mną, który miał stać się moim mordercą.
-No dalej, strzelaj, na co czekasz? A może tchórzysz?- pyskowałam. Właśnie miałam zostać zastrzelona, a ja najzwyczajniej w świecie pyskowałam.
Może to było dziwne, bo niektórzy w momencie nadejścia śmierci robią rachunek sumienia, modlą się. Jednak ja nie miałam zamiaru pokazać mu, że się go boję. Duma mi na to nie pozwalała. Nawet mi się nie śniło błagać go o litość. Uniosłam podbródek do góry i rzuciłam mu wyzywające spojrzenie.
-Nie boję się ciebie. -wysyczałam. Kłamałam. Bałam się go jak cholera, ale nie chciałam tego pokazywać.
Harry tylko uśmiechnął się zadziornie i schował pistolet za pasek spodni.
Zwilżył usta językiem, po czym odezwał się tym swoim zachrypniętym głosem.
-Ja jeszcze dopilnuję, by to się zmieniło, możesz mi wierzyć. -pogładził mnie po policzku. W celu uniknięcia jego dotyku, odchyliłam głowę w bok.
-Nie dotykaj mnie.-wyszeptałam, a on tylko bezczelnie się zaśmiał.
-No i co cię tak bawi!-wrzasnęłam. Tego było już za wiele. Najpierw przykłada mi spluwę do głowy, grożąc, że mnie zabije, a teraz śmieje się jakby ktoś opowiedział mu dowcip. Co za chory człowiek.- Daj mi święty spokój. Czego ty ode mnie chcesz?! Co ja ci do cholery jawnej takiego zrobiłam? -krzyczałam jak jakaś opętana. Wpltotłam palce we włosy i pociągnęłam z całej siły.
-Wyluzuj, Melody. Co mi zrobiłaś? Nic. Po prostu jesteś bardzo interesująca. Inna. Nikt mi sie nigdy nie stawia, bo nie są tacy głupi. Ty najwyraźniej jesteś. Nie masz pojęcia z kim zadzierasz. Tylko nie myśl sobie, że cię lubię. Po prostu chcę nauczyć cię odrobiny szacunku.- powiedział ze stoickim spokojem. Puścił mi oczko, odwrócił się na pięcie i najzwyczajniej w świecie sobie odszedł. I to jeszcze zachowywał się, jakby przed chwilą wcale nie próbował mnie zabić.
Co za człowiek.
Potrząsnęłam głową, wsiadłam do samochodu i czym prędzej wyjechałam z tego nieszczęsnego parkingu.
*NASTĘPNEGO DNIA*
**Harry**
-Paniczu Styles, pański ojciec chce pana widzieć u siebie w gabinecie.-powiedziała Violet, nasza gospodyni, po czym wyszła z mojego pokoju.
Zapukałem do drzwi, odczekałem chwilę, po czym wszedłem do środka.
-Chciałeś mnie widzieć?
-Tak.-wwestchnął, przejechał dłonią po twarzy, po czym skinął na krzesło po drugiej stronie biurka. Od razu zająlem miejsce.- Synu, posłuchaj. Mam już dosyć twojego trybu życia i nie mogę znieść faktu, że jeszcze się nie ustatkowałeś, nie znalazłeś nikogo na stałe. Chyba czas już zakończyć tą dziecinadę i w końcu zacząć żyć na poważnie? -zapytał surowo, a ja przewróciłem oczami.
-Ojcze, skoro tak bardzo ci to przeszkadza, to zawsze mogę się wyprowadzić, też nie uśmiecha mi się ciągłe mieszkanie z rodzicami.-teraz to on wywrócił oczami.
-Przecież wiesz, że twoja matka nigdy na takie coś się nie zgodzi. Chodzi mi o to, że masz w końcu przestać świrować i znaleźć sobie dziewczynę na poważnie.
-Tato, posłuchaj. Nie chcę się ograniczać do jednej. To jest nudne...
-Dobra, to może tak: znajdziesz sobie jakąś porządną dziewczynę, a dostaniesz ode mnie pół miliona funtów. I dorzucę może nowe Porsche. Co ty na to?-to była propozycja nie do odrzucenia.
-A co jeśli ci powiem, że już mam kogoś na oku?
-Naprawdę?-ojciec wytrzeszczył oczy.
-Taa... Ta, naprawdę.
-Tylko nie chodzi mi o to, że przyprowadzisz tutaj dziewczynę, na której ci nie zależy tylko po to, by mnie zwieść.
-Tato, muszę przyznać, że zależy mi na niej.-kłamałem jak z nut.
-To świetnie! -klasnął w dłonie uszczęśliwiony. -Jak się nazywa?
-Melody... Melody Roosevelt. -uśmiechnąłem się udając, że naprawdę darzę tą dziewczynę jakimś uczuciem. Teraz będę musiał coś zrobić żeby udawała moją dziewczynę... To będzie dla mnie nie lada wyzwanie...
**MELODY**
Obudził mnie nieznośny dzwonek telefonu. Mruknęłam niezadowolona i po omacku odszukałam telefon. Spojrzałam na wyświetlacz. Numer nieznany. Ściągnęłam brwi i odebrałam.
-Halo?-mój poranny głos był wyższy niż zazwyczaj, przez co brzmiałam, jakbym nałykała się helu.
-Oh, czyżbym cię obudził, diablico?-usłyszałam ten charaktrystyczny, zachrypnięty głos i Przewróciłam oczami zirytowana.
-Musiałeś dzwonić i psuć mi humor z samego rana?!
-Czyli się wkurzyłaś? Mam złe wiadomości. Jeżeli teraz jesteś lekko rozdrażniona, to jak zejdziesz na dół i otworzysz drzwi, będziesz wściekła. -zaśmiał się. Że co do cholery?
Rozłączyłam się i szybko zbiegłam na dół. Otworzyłam drzwi i moim oczom ukazał się chłopak z burzą loków na głowie o oczach koloru szmaragdów, w których widoczne było rozbawienie. Zmrużyłam na niego oczy, po czym zatrzasnęłam mu drzwi centralnie przed nosem.
Odwróciłam się i ruszyłam w stronę kuchni. Nie zdążyłam opuścić przedpokoju, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem. Podskoczyłam lekko zdziwiona i zerknęłam przez ramię. W progu stał nie kto inny, jak sam Styles. Jak ten człowiek mnie wnerwia...
Postanowiłam trochę się zabawić. Odwróciłam się powoli w jego stronę i splotłam ręce za plecami.
-W czym mogę pomóc? -zapytałam spokojnym tonem.
-Nigdy więcej nie zatrzaskuj mi drzwi przed nosem, bo nie będę się patyczkował. -odrzekł groźnie.
-Oczywiście, panie jestem-najważniejszy-na-świecie Styles.- zauważyłam z satysfakcją, że jego nozdrza delikatnie się rozszerzają.
-Ubieraj się szybko, zabieram cię gdzieś.-rzucił.
-Oh, w końcu pokażesz mi listę swoich ofiar? A może okaże się, że tak naprawdę jesteś mięczakiem i będziesz miał kolekcję pluszowych jednorozcy na półce tuż nad łóżkiem? Oh, no chyba, że...
-Wystarczy! -wrzasnął wkurzony.- Przestań mnie drażnić, bo w końcu dołączysz do listy moich ofiar.
-Aha! -klasnęłam w dłonie.- Wiedziałam, że masz taką listę. -drażniłam go dalej.
W końcu nie wytrzymał i podszedł do mnie, po czym przyparł do ściany. Zacieśnił uścisk na mojej szyi, sprawiając, że ledwo brałam oddech. Próbowałam oderwać jego dłonie od mojego ciała, by dostarczyć swoim plucom tlenu, jednak on był silniejszy. Kiedy już obraz zaczynał mi się rozmazywac, puścił mnie. Nie spodziewałam się tego, więc runęłam na podłogę. Złapałam się za klatkę piersiową, łapczywie wciągając powietrze ze świstem. Po chwili poczułam, jak Harry miażdży butem moją dłoń. Krzyknęłam z bólu, a on usatysfakcjonowany moją reakcją, nadepnal mocniej sprawiając, że moich oczach zebrały się łzy. Zacisnęłam usta, by się nie rozpłakać. Po chwili zdjął stopę z mojej dłoni i powiedział surowo:
-Myślę, że e końcu się czegoś nauczyłaś. Masz być gotowa za maksymalnie godzinę. Będę czekał w salonie.-odszedł zostawiając mnie kompletnie roztrzęsioną. Spojrzałam na swoją rękę. Była okropnie spuchnięta. Skurwiel.
Podniosłam się, ignorując napływające do oczu łzy i ruszyłam na górę, by się wyszykowac. Wcześniej jeszcze wstąpiłam do kuchni po lód, który mógłby złagodzić ból.
Wbiegłam po schodach do swojego pokoju, zatrzasnęłam za sobą drzwi i wybuchnęłam głośnym płaczem. Prawie mnie udusił. Znowu o mało mnie nie zabił.
Oczypadłam na podłogę i schowałam twarz w dłoniach.
Boję się. Tak cholernie boję się z nim przebywać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz